Jesteś tutaj: Start > Aktualności > Nauczyłam się akceptować człowieka
15.07.2010
Z Grażyną Graczyk-Herman, wolontariuszką Caritas pracującą w łódzkim hospicjum i domu pomocy społecznej, rozmawia Anna Skopińska z tygodnika Niedziela
Anna Skopińska: – Dlaczego wolontariat? Skąd pomysł, by teraz – gdy jest Pani już na emeryturze, posługiwać przy ludziach chorych?
Grażyna Graczyk-Herman: – Zawsze byłam społecznikiem. Po przejściu na emeryturę dowiedziałam się o kursie Caritas. Poszłam i zostałam. To był 2001 r. Rozpoczęłam pracę tutaj. I choć początki były trudne, to pomogli mi wspaniali ludzie – panie: Jola Szamburska, Małgosia Bonkiewicz, Maria Wardyńska – pielęgniarka oddziałowa i Ania Chwalewska – rehabilitantka, fizykoterapeutka. Przydała się też moja łatwość nawiązywania kontaktów.
(...)
– Przywiązuje się Pani do pacjentów, zaprzyjaźnia z nimi? …
– Tak i to jest niedobre. Gdy chory odchodzi, dla mnie staje się to bardzo trudne. A przez te lata takich osób było bardzo dużo. Przeżywam to na swój sposób – muszę zostawić wszystko, idę do domu i przez tydzień próbuję sobie to jakoś ułożyć. Szybko jednak muszę się zregenerować, bo wypalona nie mogłabym tu przychodzić.
– Trudno jest zbliżyć się do człowieka, który bardzo cierpi?
– Trudno. Choć mnie chyba łatwiej zrozumieć ich ból i cierpienie. Jestem po chorobie onkologicznej. Dlatego wiem, co to jest. W czasie choroby znalazłam wsparcie – nie mówię o domownikach, bo to zupełnie inna pomoc – u osób zupełnie obcych. Oni swoimi telefonami dodawali mi otuchy. I choć to były rozmowy o niczym, to jednak liczył się fakt, że znaleźli czas, by do mnie zadzwonić i spytać, jak się mam.
– Dlatego to hospicjum? …
– To była jedna z przyczyn, dla której tu przyszłam. Człowiek, który jest zdrowy, patrzy na te problemy inaczej. Inne jest widzenie człowieka, który przeżył to samo. Pan Bóg dał mi kolejne 15 lat – włos odrósł, figura wróciła. Odnalazłam radość życia. Dzisiaj człowiek jest zdołowany, tak rzadko się uśmiecha, nie zdaje sobie sprawy z tego, co posiada. Gdy dojrzeje, zaczyna wszystko odbierać jako łaskę Bożą.
(...)
– Brakuje tych, którzy są z chorymi z potrzeby serca?
– Jestem tu ze swego kursu jedyna. Przychodzi też pan Wiesław z kursu późniejszego. Ile czyni dobra, wiedzą tylko ci, których ostrzyże, ogoli, z którymi po męsku porozmawia, zrobi zakupy. Widzę, jak jest lubiany, jak przychodzą do niego z problemami, a on zawsze pogodny, wspaniały, ciepły, jak starszy brat, przyjaciel.
– Czy kiedykolwiek chciała Pani stąd odejść?
– Kiedyś zamarzyła mi się praca w hospicjum domowym. Ale szybko z tego marzenia zrezygnowałam, bo wiem, że tu jestem bardziej potrzebna. I oni tu na mnie czekają.
– Stara się Pani podtrzymywać na duchu, gdy ktoś jest załamany?
– Trzeba to uszanować. Przyjdę, potrzymam za rękę, jeśli można, i siedzę cicho, bo tak trzeba.
– Przebywanie w ciszy…, czego jeszcze może nauczyć ta praca?
– Brania człowieka takim, jakim jest. Nieulepszania, niezmieniania. Akceptowania go z nawykami, światopoglądem, zaletami, wadami. Z tym się nie walczy.
– Tak jest w hospicjum, w codziennym życiu często się to nie udaje…
– W codziennym „życiu” każdy człowiek chce być najważniejszy. I nie ma pokory.
– Jej też można się tutaj nauczyć?
– Człowiek, który nie ma w sobie pokory, tu nie przyjdzie. Tu trafi ktoś, kto umie zaakceptować drugiego – to jest ta mądrość, którą przez lata nabyłam.
– Zazwyczaj chcemy zmieniać świat, a tu taka prawie recepta na życie, może i na szczęście przy i z drugim człowiekiem. Trzeba wiele przejść, by to zrozumieć?
– Kiedyś też chciałam zmieniać świat przez zmianę człowieka na mój obraz. Jak zaczęłam dojrzewać, to stwierdziłam, że to głupota. Mogę uczyć człowieka bycia dobrym, uczciwym, pokazać do czego prowadzi kłamstwo, nierzetelność. Mogę zmieniać go tylko tak, nie inaczej – uczyć go tylko dobrych wyborów. Można popracować nad duchem. Niwelując jego mankamenty, słabostki… Ale taka mądrość przychodzi z wiekiem.